Wanda

Piszę co myślę

Fascynacja, zachwyt. Olśnienie, lśnienie. Stan o natężeniu trudnym do opisania.  W czasie ” in statu nascendi” mózg  mylnie skacze. To z pilchowej frazy o sercu, które mylnie skacze. Stan zachwytu nad osobą, elementem przyrody ożywionej, fragmentem architektury drewnianej.

Fascynacja osobą. Zachwytowi nad urodą ciała towarzyszy zastanowienie co do ilości pieniędzy potrzebnych do podtrzymywania dobrostanu powłok.

Oceniamy stan umysłu: oczytanie, znajomość języków nowożytnych, oceniamy kulturę słowa, obycie towarzyskie.Talent i pasje; te sfery poznawczo penetrujemy rozłącznie. Probierzem jest osoba Staszka R.

Osoba w otoczeniu, osoba społecznie. „Daję z siebie”

Altruizm wysokiej próby. Gotowość do ogołocenia się z dóbr materialnych. Dobra mentalne  rozwija, a produktem  dzieli się, gdy ten jest dobrej jakości.

Gender, gender!

Osiedle w stutysięcznym, śląskim mieście. Dwa, wielkopowierzchniowe sklepy, knajpa i kościół. Rossman i stoiska z byle czym. Młoda matka z kilkuletnią  córką  na krawężniku w oczekiwaniu na zielone światło. Dziewczynka toczy przed sobą wózek z lalką. Na jezdnię wysypała się kołderka i miniaturowa grzechotka. Matka i  córka z  wózkiem dotoczyły się na chodnik .Tu  tu matka, „prasnawszy” o ziemię torbą z zakupami dała upust nerwom: szarpała ramieniem dziewczynki:

- Kurwa!Kurwa! Ty kurwo! Cholero, gówno dostaniesz, nie wózek.

Słowa wulgarne kierowane do dziecka. Szarpanina i okrzyki.

Inne zdarzenie: Matka i kilkuletnia dziewczynka z wózkiem, podczas niespiesznych zakupów. Dziewczynka przystaje, podchodzi do boku wózka, odkrywa lalkę i przez zaciśnięte ząbki cedzi:

- Znowuś się kurwo rozkopała.

Myślę, że  te dziewczynki  w środowiskach domowych nasiąkają bardzo złym wzorcem. Właśnie nasiąkają.

Co dalej? Gówniarosiuśmajtka  rozwija się w postać atrakcyjnej dziewczyny. Zły obyczaj  utrwalony. Wejście do środowiska kultury wysokiej prawie niemożliwe.

Dlaczego małym dziewczynkom proponuje się zabawę w dom, otacza się je atrybutami, które to miejsce wypełniają? Proponuję dać im możliwość penetrowania chaszczy z repliką kałasznikowa w rączkach.

Hej

Po „j” nie ma wykrzyknika.

List z pytaniami. Nie znam odpowiedzi na żadne. Znam?

Można odpowiedzieć okołotematycznie. Odpowiedzieć grzecznie…

Ostatnio, piszę  i wyrzucam do kosza. Brakuje mi odwagi.

Dołączam do osób, które nie odpowiadają na listy. Na niektóre listy.

Jestem winna list Janowi Hartmanowi.

John Irving – amerykański twórca w genialnej opowieści „Regulamin tłoczni win” miejsce groteskowo-makabryczno-miłosnej akcji lokuje w  scenerii nieprzystawania. Zbawczo opróżniane macice i serca w najczystszych, skakankowych porywach.  Opowiada o ludzkich losach, gdzie aborcja jest sposobem na wyprostowywanie ludzkich dróg. Tu też można urodzić i zostawić dziecko Koniec czytelniczego komentarza.

Polski wątek oplata osnowę  mózgu Staszka Radwana – mózgu, który emituje silny afrodyzjak.

Czyste oczy Pilcha znad cukiernianego stolika. Potem droga na północ, po nic…

Lotnisko Shannon. Ostatnia filiżanka kawy przed odlotem…

Z. doskonale rozumie polski język. Posługuje się nim w piśmie, tłumaczy, redaguje recenzje…

Z. w polszczyźnie doskonale milczy. Z. wchodzi z przyjezdnym, nadwiślańskim babstwem  w awanturnicze związkokonszachty. Chyba nie wiem po co. Odwieczny motyw Cholernego Diakona.

Jak przekonać Bożenę, że nie mam chęci do pracy w pośpiechu. Potrzebny mi namysł, rozmowa i czysta sytuacja.

Lato. Noc. Pierwsza po północy. Wielorodzinny dom w średnim mieście. Nastolatek – mieszkaniec z szóstego piętra -  pod nieobecność rodziców zaprasza rówieśników. Ciepła pora, głośne rozmowy, śmiech, nawoływania z balkonu utrudniają sąsiadom sen.  Jeden z nich, wychyliwszy się z okna, prosi o spokój. Pada zdawkowe „przepraszam”,  zabawa z balkonu przenosi się do wnętrza mieszkania. Na krótko. Po chwili głośne rozmowy wśród śmiechu, zakłócają nocną ciszę.

Dozorcy zaczynają pracę o nieludzkiej porze:  czwarta nad ranem (jak z cohenowskiej  frazy), balanga na balkonie szóstego  piętra  trwała w najlepsze.

Nazajutrz próbowałam z gówniarzem rozmawiać. Uznał, że „nic się nie stało”. Impreza była…prosze panią ( tak powiedział).

O „Regulaminie porządku domowego” nie słyszał. 

Z rodzicami gówniarza ( matka nauczycielka) nie miałam możliwości porozmawiać.

Wyraz: gówniarz oznacza niedojrzałego osobnika płci męskiej i NIE jest wulgaryzmem.

Kolumbijski powieściopisarz, laureat Nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez jest autorem  powieści pt.”Miłość w czasach zarazy”. Ostatnie polskie wydanie ukazało się w 2007 roku w przewspaniałym tłumaczeniu  Carlosa Marrodana Casasa (Warszawskie Wydawnictwo Literackie, MUZA SA).

Na przedniej okładce wśród fotosów z  filmowej adaptacji dzieła, w formie żywej paginy: Jak długo można czekać na miłość swojego życia? Florentino Ariza  czekał 51 lat, 9miesięcy i 4 dni…

Z tyłu  minirecenzja autorstwa Jerzego Pilcha (przytaczam w całości): „Przeczytałem po raz drugi- Miłość w czasach zarazy- i utwierdziłem się w przekonaniu, iż jest to romans wszechczasów”

Początkowe lata XX wieku. Północna Kolumbia, Archipelag Karaibów, drobne wysepki Małych Antyli wśród  bezwietrznych, letnich spiekot  i błotnistych, ponurych zim, w nędzy ciągłych wojen domowych i epidemii cholery.Wielobarwnie toczy się życie nadmorskiego  miasta Barranquilla. To tu  uchodzi do Morza Karaibskiego największa rzeka Kolumbii Magdalena.

Portem i rzeką zarządza Karaibskie Towarzystwo Żeglugi Śródlądowej. Właściciel, starawy, samotny boss w przygodnym akcie z skromną mieszczką Transito Arizą płodzi syna, którego nie uznaje. Łoży niewielkie tygodniowe kwoty. Florentino Ariza, chłopczyna lichej postury i słabego zdrowia rozwija w sobie duszę poety, marzyciela o romantycznym życiu. Nastolatek postanawia wieść życie niezwykłe. Próbuje zainteresować sobą piękną rówieśnicę, zarzuca ją listami, zachodzi drogę… Fermina Daza odrzuca awanse ponurego frustrata,wychodzi za mąż za lekarza i wiedzie godne, dostatnie życie. Florentino, jako jedyny potomek  właścicieli KTŻŚ  zarządza przedsiębiorstwem, szybko bogaci się, urządza zbytkownie dom, nabywa wartościowe przedmioty. W sferze mentalnej czyta, pisze wiersze, komponuje, gra na skrzypcach, wszystko z myślą o Ferminie. Równocześnie wiedzie bogate życie erotyczno-towarzyskie. Jest stałym bywalcem domów publicznych, nigdy za nic nie płaci. Uważa, że płacąc za seks zbrukałby czyste imię Ferminy. Odwiedza też wdowy, proponuje im cielesne zapasy, one serwują smakołyki, drogie napitki i czułość. Równocześnie dopuszcza się pedofilii na dziewczynce pochodzącej  z dalszej rodziny. Ameryka Vicuna  przywiązuje się do „opiekuna”, odtrącona umiera. Florentino, utrzymując rozległe, a ryzykowne znajomości zapada na rzeżączkę, nie leczona skutkuje ośmiokrotnym nawrotem. Cierpi też na kiłę i syfilis.

Po nagłej śmierci męża, Fermina nękana wdowią samotnością przyjmuje starcze awanse schorowanego, bezzębnego Florentino, który teraz dysponuje rzeczną flotyllą. Proponuje podróż statkiem, od słabo żeglownych terenów rzecznego ujścia w górę rzeki Magdaleny. Wycieczka bez końca, wycieczka pułapka. Statek nie  może zawinąć do żadnego portu. Flaga na maszcie oznajmia: Zaraza na pokładzie”

Tytuł powieści traktuje o miłości i zarazie. Wątek cholery przewija się, jak meandry Magdaleny. Grząskie, błotniste tereny ujścia, wysoka temperatura,  nieskanalizowana uboga część miasta, przeludnienie, wszystko to sprzyjało zarazie. O miłości prawie nic. Jest o miłości do papugi.

Czytałam po dwakroć i nie znalazłam. Znalazłam sporo o zniewoleniu. Istotą afektu Florentina do Ferminy jest zniewolenie. Na koniec zwabił ją na statek i zaaranżował pułapkę. Nakłaniał  do seksu, zarażając trzema chorobami roznoszonymi drogą płciową.

Gdzie tu jest coś o miłości?

To jest o zniewoleniu i o zbrodni. Piękna proza o ohydnym życiu odrażającego Florentina  Arizy.

Pilchu! Napisz mi, wskaż w tekście miłosny wątek. Romansowy – powiadasz. Gdzie?

Ty wiesz o miłości to i tamto i o sercu, które mylnie skacze…

 

 

 

Nic głębiej nie doskonali w polszczyźnie niż ambitne czytelnictwo. Co czytać,  kogo wybrać, które dzieła mistrza  mnie rozwiną? Autorzy rodzimi czy tłumaczenia?

Jest tak:  jeżeli wśród bibliotecznych penetracji natrafiam na cud, cymes, dzieło życia, szczyt piękna, bezbrzeżną potęgę myśli i słowa, to tegoż autora czytam wszystko. Dzieło i osoba twórcy ciekawią mnie pospołu.

Karol Bunsch przeprowadził mnie przez polskie średniowiecze. Isaac Beshevis Singer wiódł mnie przez dzieje Żydów w Polsce. Lektury wzbudziły najwyższe zaciekawienie. Zawarłam  przyjaźń z twórcami. Co wyniosłam z lektury? Po pierwsze obcowałam z przepiękną polszczyzną. Po drugie: treść. Ci twórcy nie oszukali mnie. Treść dzieł jest czysta.

Z literaturą obcojęzyczną – rzecz arcytrudna. Polski rynek księgarski zalany jest tłumaczeniami, których lepiej, żeby nie było.

Michel Houllebecq -  francuski, prozatorski talent naszych czasów powieścią: „Poszerzanie pola walki” wzbudził mój zachwyt tej miary, że czytałam po kilkakroć. Raz za razem, byle odwlec czas rozstania z bohaterami. Starym  zwyczajem rzuciłam się inne powieści Houellebecq’a.  Po lekturze została mi niechęć, znużenie, uczucie paskudnej blagi. Nie zaprzyjaźniłam się z Michelem H. i nie ma to nic wspólnego z jego niechlujną powierzchownością.

Istnieją pod dzisiejszym niebem faceci nikłej postury, minimalnego ogarnięcia higieniczno przyodziewkowego, przy których pierwsze ciacha współczesnej Europy jawią się jako mentalna błahostka.

Znam takiego, ale ja Go nie ciekawię.

 

 

 

Są w kraju dziedziny zaniedbane pod względem prawa. Właściciel  – gmina sprzedaje osobie fizycznej  działkę  z prawem zabudowy, obiekt zabytkowy, rozległą, skrajnie zaniedbaną posesję. Na działce  myjnia samochodów czynna cała dobę, zakłóca sen właścicielom okolicznych mieszkań. Zabytkowy obiekt  w rękach nieodpowiedzialnych właścicieli niszczeje: prowizoryczne zabezpieczenia okien wyrwane, dziurawy dach do reszty zniweczy niegdysiejsze cacko. Wielkopowierzchniowy sklep – własność znanej sieci posadowiony na działce, która jest własnością amerykańskiego podmiotu: drzewa, krzewy, trawniki niestrzyżone, opadłe liście  kasztanowców gniją, a powinny być usuwane. 

Łażę tu i tam: wysypiska śmieci, resztki ludzkich legowisk, butelki…Teren prywatny i  tyle. Można wzywać Straż Miejską.
Próbowałam. Tam, gdzie ja uważam, że jest brudno SM uważa, że jest niedostatecznie brudno. Nie na tyle,  żeby „mandatować”.

 - Coś pani, mam dawać mandat za parę gałęzi i drobnych śmieci. Ludzie śmiecą, kultury nie mamy, ot co; (z rozmowy ze strażnikiem).

Psie sranie.  Tu się  po psinie nie sprząta. Na trawniku obok widnieje tabliczka  informacją o  500 – złotowym mandacie za niesprzątnięte psie kupy. Śmiechu warte.

Na śródosiedlowej ścieżce spotykam właścicielkę suczki Trusi:

- O! Trusia zrobiła kupkę! Ma pani worek?

- O! Zapomniałam, ale Trusia robi małe bobki…

- Tam jest tabliczka z napisem o mandacie. Sporym, 500 zł.

- Eeee! Trusia tam nie sra,  a tu nie obowiązuje…

 

Sporo osób czyta moje  blogowe wpisy. Ciekawi mnie, kim są czytający.

Czekam na komentarze. Wiem, że zredagowanie opinii wymaga namysłu, zachodu z korektą, wysyłką.  Myślę, że warto bo czynności, które widnieją w tytule rozwijają. Rozwijają, bogacąc osobę.

Twarda rzeczywistość. Prymat obowiązku nad rozrywką. Na każdy dzień składają się problemy, które trzeba rozwiązać. Trzeba. Na początku miesiąca płacimy wszystkie należne rachunki. Zyskujemy stan tzw.”spokojnej głowy”. Wtedy bierzemy się do pracy.

Pewien współczesny etyk, filozof, polityk, poeta, dramaturg nadał polskiemu słowu „odpoczynek” dodatkowe znaczenie. Odpoczynek: wytchnienie, przerwa w wysiłku, czas wolny od uciążliwego zajęcia. Nowe znaczenie to czynność, którą zaczynamy „od początku” czyli nowe zajęcie, jakiś początek  tegoż.

Zapytano mnie o wakacje, urlop, odpoczynek połączony w obowiązkowym wyjazdem. Nigdzie nie jadę, ponieważ mi się nie należy.

 

 

 

 

Gdziekolwiek jestem spotykam ludzi. W polszczyźnie jest słowo „odludzie”. Gdzie to jest?  Z kimkolwiek rozmawiam (mam na myśli wielość słów wgłąb), ten  zrazu z oporem, później chlapie o samotności. Samotność człecza widziana jako niezasłużone okropieństwo, które albo towarzyszy od zawsze, albo dopada i trwa.

- Nic nie poradzisz, pani/panie..

Trwa.

Onegdaj Anka, która w szarpaninie z samotnością zdeterminowana, jak mało kto, zaprosiła do domu przygodnie napotkanego mena. Mówił, że artysta, że po przejściach,  że po chorobie, że żona odeszła (a jakże).

W cieple domu rychło wysupłał  z wnętrza wnętrzności. Na blat okolicznościowego stolika wyjął  podróżnopielgrzymkowe skarby…

Ania, po krótkim namyśle uznała, że przetrzyma sporo: braki higieniczno odzieżowe, egzystencjalną nędzę przybysza. Nie”dała rady”pustce z braku oczytania i fatalnemu słownictwu.

Podjęłam się  galerniczej roboty nad klawiaturą. Dla rozrywki, dla zmiany pola zaciekawień, śledzę losy Jakuba Kusego. Facet po studiach, z dobrą znajomością języka angielskiego, z nienaganną polszczyzną, utalentowany artysta okazał się  patentowanym leniem, z ugruntowaną niechęcią  do zarobkowania. Lucy zabrała Dorotkę  odleciała do USA.

„Miałeś chamie złoty róg”…