Wanda

Piszę co myślę

John Irvin – amerykański twórca – w genialnej opowieści: „Regulamin tłoczni win” miejsce groteskowo-makabryczno-miłosnej akcji lokuje w  scenerii nieprzystawania. Zbawczo opróżniane macice i serca w najczystszych, skakankowych porywach. Opowiada o ludzkich losach, gdzie aborcja jest sposobem na wyprostowanie  ścieżynki.

Polski wątek oplata osnowę  mózgu Staszka Radwana – mózgu, który emituje silny afrodyzjak.

Czyste oczy Pilcha znad cukiernianego stolika. Potem droga na północ po nic…

Lotnisko Shannon. Ostatnia filiżanka kawy przed odlotem…

Z. doskonale rozumie polski język. Posługuje się nim w piśmie, tłumaczy, redaguje recenzje…

Z. w polszczyźnie doskonale milczy. Z. wchodzi z przyjezdnym, nadwiślańskim babstwem  w awanturnicze związkokonszachty. Chyba nie wiem po co.

Jak przekonać Bożenę, że nie mam chęci do pracy w pośpiechu. Potrzebny mi namysł, rozmowa i czysta sytuacja.

Lato. Noc. Pierwsza po północy. Wielorodzinny dom w średnim mieście. Nastolatek – mieszkaniec z szóstego piętra -  pod nieobecność rodziców zaprasza rówieśników. Ciepła pora, głośne rozmowy, śmiech, nawoływania z balkonu utrudniają sąsiadom sen.  Jeden z nich, wychyliwszy się z okna, prosi o spokój. Pada zdawkowe „przepraszam”,  zabawa z balkonu przenosi się do wnętrza mieszkania. Na krótko. Po chwili głośne rozmowy wśród śmiechu, zakłócają nocną ciszę.

Dozorcy zaczynają pracę o nieludzkiej porze:  czwarta nad ranem (jak z cohenowskiej  frazy), balanga na balkonie szóstego  piętra  trwała w najlepsze.

Nazajutrz próbowałam z gówniarzem rozmawiać. Uznał, że „nic się nie stało”. Impreza była…prosze panią ( tak powiedział).

O „Regulaminie porządku domowego” nie słyszał. 

Z rodzicami gówniarza ( matka nauczycielka) nie miałam możliwości porozmawiać.

Wyraz: gówniarz oznacza niedojrzałego osobnika płci męskiej i NIE jest wulgaryzmem.

Kolumbijski powieściopisarz, laureat Nagrody Nobla Gabriel Garcia Marquez jest autorem  powieści pt.”Miłość w czasach zarazy”. Ostatnie polskie wydanie ukazało się w 2007 roku w przewspaniałym tłumaczeniu  Carlosa Marrodana Casasa (Warszawskie Wydawnictwo Literackie, MUZA SA).

Na przedniej okładce wśród fotosów z  filmowej adaptacji dzieła, w formie żywej paginy: Jak długo można czekać na miłość swojego życia? Florentino Ariza  czekał 51 lat, 9miesięcy i 4 dni…

Z tyłu  minirecenzja autorstwa Jerzego Pilcha (przytaczam w całości): „Przeczytałem po raz drugi- Miłość w czasach zarazy- i utwierdziłem się w przekonaniu, iż jest to romans wszechczasów”

Początkowe lata XX wieku. Północna Kolumbia, Archipelag Karaibów, drobne wysepki Małych Antyli wśród  bezwietrznych, letnich spiekot  i błotnistych, ponurych zim, w nędzy ciągłych wojen domowych i epidemii cholery.Wielobarwnie toczy się życie nadmorskiego  miasta Barranquilla. To tu  uchodzi do Morza Karaibskiego największa rzeka Kolumbii Magdalena.

Portem i rzeką zarządza Karaibskie Towarzystwo Żeglugi Śródlądowej. Właściciel, starawy, samotny boss w przygodnym akcie z skromną mieszczką Transito Arizą płodzi syna, którego nie uznaje. Łoży niewielkie tygodniowe kwoty. Florentino Ariza, chłopczyna lichej postury i słabego zdrowia rozwija w sobie duszę poety, marzyciela o romantycznym życiu. Nastolatek postanawia wieść życie niezwykłe. Próbuje zainteresować sobą piękną rówieśnicę, zarzuca ją listami, zachodzi drogę… Fermina Daza odrzuca awanse ponurego frustrata,wychodzi za mąż za lekarza i wiedzie godne, dostatnie życie. Florentino, jako jedyny potomek  właścicieli KTŻŚ  zarządza przedsiębiorstwem, szybko bogaci się, urządza zbytkownie dom, nabywa wartościowe przedmioty. W sferze mentalnej czyta, pisze wiersze, komponuje, gra na skrzypcach, wszystko z myślą o Ferminie. Równocześnie wiedzie bogate życie erotyczno-towarzyskie. Jest stałym bywalcem domów publicznych, nigdy za nic nie płaci. Uważa, że płacąc za seks zbrukałby czyste imię Ferminy. Odwiedza też wdowy, proponuje im cielesne zapasy, one serwują smakołyki, drogie napitki i czułość. Równocześnie dopuszcza się pedofilii na dziewczynce pochodzącej  z dalszej rodziny. Ameryka Vicuna  przywiązuje się do „opiekuna”, odtrącona umiera. Florentino, utrzymując rozległe, a ryzykowne znajomości zapada na rzeżączkę, nie leczona skutkuje ośmiokrotnym nawrotem. Cierpi też na kiłę i syfilis.

Po nagłej śmierci męża, Fermina nękana wdowią samotnością przyjmuje starcze awanse schorowanego, bezzębnego Florentino, który teraz dysponuje rzeczną flotyllą. Proponuje podróż statkiem, od słabo żeglownych terenów rzecznego ujścia w górę rzeki Magdaleny. Wycieczka bez końca, wycieczka pułapka. Statek nie  może zawinąć do żadnego portu. Flaga na maszcie oznajmia: Zaraza na pokładzie”

Tytuł powieści traktuje o miłości i zarazie. Wątek cholery przewija się, jak meandry Magdaleny. Grząskie, błotniste tereny ujścia, wysoka temperatura,  nieskanalizowana uboga część miasta, przeludnienie, wszystko to sprzyjało zarazie. O miłości prawie nic. Jest o miłości do papugi.

Czytałam po dwakroć i nie znalazłam. Znalazłam sporo o zniewoleniu. Istotą afektu Florentina do Ferminy jest zniewolenie. Na koniec zwabił ją na statek i zaaranżował pułapkę. Nakłaniał  do seksu, zarażając trzema chorobami roznoszonymi drogą płciową.

Gdzie tu jest coś o miłości?

To jest o zniewoleniu i o zbrodni. Piękna proza o ohydnym życiu odrażającego Florentina  Arizy.

Pilchu! Napisz mi, wskaż w tekście miłosny wątek. Romansowy – powiadasz. Gdzie?

Ty wiesz o miłości to i tamto i o sercu, które mylnie skacze…

 

 

 

Nic głębiej nie doskonali w polszczyźnie niż ambitne czytelnictwo. Co czytać,  kogo wybrać, które dzieła mistrza  mnie rozwiną? Autorzy rodzimi czy tłumaczenia?

Jest tak:  jeżeli wśród bibliotecznych penetracji natrafiam na cud, cymes, dzieło życia, szczyt piękna, bezbrzeżną potęgę myśli i słowa, to tegoż autora czytam wszystko. Dzieło i osoba twórcy ciekawią mnie pospołu.

Karol Bunsch przeprowadził mnie przez polskie średniowiecze. Isaac Beshevis Singer wiódł mnie przez dzieje Żydów w Polsce. Lektury wzbudziły najwyższe zaciekawienie. Zawarłam  przyjaźń z twórcami. Co wyniosłam z lektury? Po pierwsze obcowałam z przepiękną polszczyzną. Po drugie: treść. Ci twórcy nie oszukali mnie. Treść dzieł jest czysta.

Z literaturą obcojęzyczną – rzecz arcytrudna. Polski rynek księgarski zalany jest tłumaczeniami, których lepiej, żeby nie było.

Michel Houllebecq -  francuski, prozatorski talent naszych czasów powieścią: „Poszerzanie pola walki” wzbudził mój zachwyt tej miary, że czytałam po kilkakroć. Raz za razem, byle odwlec czas rozstania z bohaterami. Starym  zwyczajem rzuciłam się inne powieści Houellebecq’a.  Po lekturze została mi niechęć, znużenie, uczucie paskudnej blagi. Nie zaprzyjaźniłam się z Michelem H. i nie ma to nic wspólnego z jego niechlujną powierzchownością.

Istnieją pod dzisiejszym niebem faceci nikłej postury, minimalnego ogarnięcia higieniczno przyodziewkowego, przy których pierwsze ciacha współczesnej Europy jawią się jako mentalna błahostka.

Znam takiego, ale ja Go nie ciekawię.

 

 

 

Są w kraju dziedziny zaniedbane pod względem prawa. Właściciel  – gmina sprzedaje osobie fizycznej  działkę  z prawem zabudowy, obiekt zabytkowy, rozległą, skrajnie zaniedbaną posesję. Na działce  myjnia samochodów czynna cała dobę, zakłóca sen właścicielom okolicznych mieszkań. Zabytkowy obiekt  w rękach nieodpowiedzialnych właścicieli niszczeje: prowizoryczne zabezpieczenia okien wyrwane, dziurawy dach do reszty zniweczy niegdysiejsze cacko. Wielkopowierzchniowy sklep – własność znanej sieci posadowiony na działce, która jest własnością amerykańskiego podmiotu: drzewa, krzewy, trawniki niestrzyżone, opadłe liście  kasztanowców gniją, a powinny być usuwane. 

Łażę tu i tam: wysypiska śmieci, resztki ludzkich legowisk, butelki…Teren prywatny i  tyle. Można wzywać Straż Miejską.
Próbowałam. Tam, gdzie ja uważam, że jest brudno SM uważa, że jest niedostatecznie brudno. Nie na tyle,  żeby „mandatować”.

 - Coś pani, mam dawać mandat za parę gałęzi i drobnych śmieci. Ludzie śmiecą, kultury nie mamy, ot co; (z rozmowy ze strażnikiem).

Psie sranie.  Tu się  po psinie nie sprząta. Na trawniku obok widnieje tabliczka  informacją o  500 – złotowym mandacie za niesprzątnięte psie kupy. Śmiechu warte.

Na śródosiedlowej ścieżce spotykam właścicielkę suczki Trusi:

- O! Trusia zrobiła kupkę! Ma pani worek?

- O! Zapomniałam, ale Trusia robi małe bobki…

- Tam jest tabliczka z napisem o mandacie. Sporym, 500 zł.

- Eeee! Trusia tam nie sra,  a tu nie obowiązuje…

 

Sporo osób czyta moje  blogowe wpisy. Ciekawi mnie, kim są czytający.

Czekam na komentarze. Wiem, że zredagowanie opinii wymaga namysłu, zachodu z korektą, wysyłką.  Myślę, że warto bo czynności, które widnieją w tytule rozwijają. Rozwijają, bogacąc osobę.

Twarda rzeczywistość. Prymat obowiązku nad rozrywką. Na każdy dzień składają się problemy, które trzeba rozwiązać. Trzeba. Na początku miesiąca płacimy wszystkie należne rachunki. Zyskujemy stan tzw.”spokojnej głowy”. Wtedy bierzemy się do pracy.

Pewien współczesny etyk, filozof, polityk, poeta, dramaturg nadał polskiemu słowu „odpoczynek” dodatkowe znaczenie. Odpoczynek: wytchnienie, przerwa w wysiłku, czas wolny od uciążliwego zajęcia. Nowe znaczenie to czynność, którą zaczynamy „od początku” czyli nowe zajęcie, jakiś początek  tegoż.

Zapytano mnie o wakacje, urlop, odpoczynek połączony w obowiązkowym wyjazdem. Nigdzie nie jadę, ponieważ mi się nie należy.

 

 

 

 

Gdziekolwiek jestem spotykam ludzi. W polszczyźnie jest słowo „odludzie”. Gdzie to jest?  Z kimkolwiek rozmawiam (mam na myśli wielość słów wgłąb), ten  zrazu z oporem, później chlapie o samotności. Samotność człecza widziana jako niezasłużone okropieństwo, które albo towarzyszy od zawsze, albo dopada i trwa.

- Nic nie poradzisz, pani/panie..

Trwa.

Onegdaj Anka, która w szarpaninie z samotnością zdeterminowana, jak mało kto, zaprosiła do domu przygodnie napotkanego mena. Mówił, że artysta, że po przejściach,  że po chorobie, że żona odeszła (a jakże).

W cieple domu rychło wysupłał  z wnętrza wnętrzności. Na blat okolicznościowego stolika wyjął  podróżnopielgrzymkowe skarby…

Ania, po krótkim namyśle uznała, że przetrzyma sporo: braki higieniczno odzieżowe, egzystencjalną nędzę przybysza. Nie”dała rady”pustce z braku oczytania i fatalnemu słownictwu.

Podjęłam się  galerniczej roboty nad klawiaturą. Dla rozrywki, dla zmiany pola zaciekawień, śledzę losy Jakuba Kusego. Facet po studiach, z dobrą znajomością języka angielskiego, z nienaganną polszczyzną, utalentowany artysta okazał się  patentowanym leniem, z ugruntowaną niechęcią  do zarobkowania. Lucy zabrała Dorotkę  odleciała do USA.

„Miałeś chamie złoty róg”…

 

Ostatnie dni czerwca – między Louven a Brukselą.

Lovański ratusz, kościół p.w. św. Piotra z wieżą, która jest częścią zmysłu. Biblioteka Uniwersytecka i Wielki Beginaż.  Leniwy nurt Dijle ujętej w cementowe łożysko.

Historię beginek noszę w sobie, czysty trud posługi, czysta twarz  nad zranionym wędrowcem. Poprosił o wodę. Został pół roku.  Sto lat później do beginek dołączyli begardzi. W słotną sobotę,  przez północne wrota weszło dwoje dzieci i  trójłapa  suka.

Do rodzeństwa dołączyły sieroty z sąsiedztwa i to był początek szkoły – przytuliska. Dzieci naukę przyjmowały jako dar, słuchały narracji i powtarzały słowa, które ociemniały bakalarus wymawiał w obcym języku.

Słowa wypowiedziane, a znaczenie pokazane  gestem, mimem, palec nakierowany na element świata.

 

Wpis niewpis, list chyba, na który nie odpowie. Podobno w Polsce trwa i trwa festiwal listów, na które adresat nie odpowiedział, nie odpowiada. Należy użyć czasownika „odpowiadać” w czasie przeszłym dokonanym i teraźniejszym, kierując do losu nagabywanie o wiadomość o zdarzeniu w czasie przeszłym, dokonanym. Odpowiedział – dowód na to, że jest.

Jest. W zdrowiu, w otoczeniu przyjaciół, w obfitości pożywienia, w dostatku czystego  przyodziewku. Zwinięta w czarny kłębek, milcząca Betrice  zajęła miejsce na kanapie, popatruje na Irka, a Irek trwa nad klawiaturą wśród zajęcia.

Dlaczego ludzie nie odpowiadają na listy?

Przyczyna główna, bo mają nadawcę listu w dupie.

 Czy tak jest?

Zrobiłam sondę, pytałam o zjawisko i nie dostałam rzetelnych odpowiedzi. Klucząca gawiedź.

Polak nie odpowiada na listy, bo wie, że nie potrafi. Posługuje się językiem potocznym w mowie, w piśmie  -  nie potrafi.

Próbuję zorganizować zajęcia z polszczyzny. Zatrudnimy polonistę  -  emeryta z dydaktycznym, wieloletnim doświadczeniem. Na pierwsze spotkanie  przyjdzie sporo osób. Na kolejne mniej i mniej. Dlaczego?

Bo trzeba włożyć wysiłek, napisać opowiadanie, wykonać ćwiczenie z interpunkcji, znaleźć jakiś  wiersz i  wygłosić.

„Co ja tam będę…” odwieczna fraza w ustach Polaka. Piwo  i telewizor w atmosferze własnego, brudnawego podkoszulka.

 Teraz będzie inaczej. Teraz znajdziemy motywację. W Ch. ukaże się czasopismo  inne niż … Potrzebne są osoby, które chciałyby zobaczyć swoje nazwisko w druku, pod   tekstem


 

Naród polski – ludzkość, która nie wykształciła społeczeństwa. Jest naród, piękny naród uzdolniony do walki, specjalista od zrywu i rozróby. Rodzinnie, rodowo  kochamy osoby z najbliższego kręgu, kochamy łatwe, mało energochłonne, etatowe zajęcie, czas wakacji, urlopów, rozmów/nierozmów, monologów o własnej doskonałości.

- Mój wnuk gra na komputrze, nic się nie uczy, świadectw mo zawsze z paskiem…

- Szef mnie wziął na fuche, po godzinach. Na szczęście było mało roboty…

- Mam przepis na ekstra żarcie. Szybko się robi, mało roboty…

Nadwiślańska ludzkość nie wielbi wysiłku. Na Śląsku słyszy się powiedzenie:

” On jest gupi za robotą”  wypowiadane z kpiną. Naród jest zbiorem osobnych istnień. Osobnych komórek, korpuskół, molekuł. Społeczności nie ma. Widzę ten stan wyraźnie, jak na przysłowiowej dłoni.

Ludzie nie rozmawiają. Jeżeli jeden w kierunku drugiego otworzy zagrodę zębów, słyszymy wyłącznie monolog.

Jeden z drugim nie rozmawia, nie patrzy jeden na drugiego. Ten drugi nalazł się w opałach, w zacisku dojmującej potrzeby. Zostaje sam. Monologujący „dał dyla” . Po cholerę  smutny sąsiad, smutny bo gupi, pijak jeden.  Znany gest: prawa ręka uniesiona  do ramienia  i pionowo ku kolanom.

Naród a społeczeństwo. Chodzę, rozmawiam, piszę, łażę, zaglądam ku opłotkom okalającym domostwa. Gospodarz kosi trawnik, gospodyni stoi bokiem do parapetu, popatruje kogo tu przyniosło, cholera jakaś, w szynku mówią, że włóczy się po wsi taka z gazety.

Pytam gospodarzy o życie  w miasteczku. Co jest dobrze, co jest źle. To są nieodmiennie, fascynujące rozmowy. Najpierw stosuję fazę otwarcia na którą składają się wydarzenia z mojego. Jednego razu okazało się, że mamy po kądzieli wspólną siłaczkę. Długa rozmowa, pyszny obiad podany pod kasztanem…  W czerwcu  gościłam w Gliwicach wnuka gospodarzy, przystępował do politechnicznych egzaminów wstępnych.

Losy jednostkowe, indywidualne, wplecione, zaplecione   między wątek a osnowę rodzinnej historii.

Ja, rodzina, praca, zajęcie takie, inne. Psy bezpańskie, locha z młodymi w kartoflisku, samobójstwo wikarego.

Śluby czystości składane  przez licealistki w oprawie miejscowego kościółka…

Przymiotnik „głupi” w polskim języku potocznym wypowiadane jest z pominięciem spółgłoski „ł”. Yes.