Wanda

Piszę co myślę

Wpisy z okresu: 9.2017

 Wojtkowi P. w podzięce za pewien uśmiech…

Chcąc  zyskać na urodzie warto wziąć się za czytelnictwo. Najpierw czyta się bez wyboru, co popadnie. Potem przychodzi czas namysłu. Łaską, szczęściem  jest na starcie rozumna i rozmiłowana w przedmiocie polonistka

Moje prapoczątki – Pani od polskiego: Janina Smulska. Szkoła Podstawowa im. Stanisława Konarskiego w Tarnowie.

Teraz czytam maniakalnie. Jerzy Pilch: malarz słowem, frazą, rozumnie, jasno, bez blagi. Kocham Wiślan – po kolei:  Andrzeja Wantułę, Adama Pilcha, stryja Adama, Jerzego( Jurlka) Cieślara, Starego Kubicę, a  z pozaludzkich istot wszystkie matczyne psy i Reksa fotografa Wisełki. Rumuński prozaik Emile Cioran: kto się wdroży, wgryzie w Jego teksty jest mi bratemsiostrą i jednością w zachwycie. Czytać Ciorana poradził mi…. no kto? Jerzy Pilch.

Łowię beskidzkie wątki: obłoki nad Czantorią, wsparty o stok, wiecznie lodowaty dom. Obłaziec, Cyrhla, Bukowa rwą serce do wędrówki.
Nie mam smaku do wyznań, do aśramozborówkościelnychkrucht i trucheł. Nie boję się śmierci, ale wzdragam się przed bólem.

Mam mało czasu. Każdy ma mało. Dziecko też, ale gówniarz  mało wie. Cechą czasu jest niedostatek. Na każdą czynność warto zawarować głęboki  garniec czasu.

Mam sporo do zrobienia. Codzienne przygotowywanie posiłków, treningi, opieka nad Martą. Szycie i przeróbki odzieży są pospołu tłem, źródłem i zasadą. Jeans i moro – to z bawełny, a na lato niebarwiony len.
Rozmowa…Przed rozmową przygotowuję konspekt, w nim ponumerowane argumenty -  argumenty we wstępie, rozwinięciu i zakończeniu.
I mam apetyt na słowa. Są słowa urodziwe, wielkiej urody, takie sobie i niemało jest słów brzydkich.  Mam na myśli słowa, które fonetycznie brzydko brzmią.

 

 

Nowy rok szkolny, nowy rok akademicki, „Dzień Nauczyciela”, wydarzenia związane z edukacją są dobrą okazją do chwili zadumy nad własną, szkolną przeszłością.  

Jak to było? Sięgam pamięcią i pokazują się obrazy, jak z dokumentalnego filmu. Przejście od dziecięcej zabawy do pierwszych obowiązków w roli uczennicy: granatowy fartuch, tekturowy tornister Część nowej rzeczywistości budziła trwogę…

 Wrzesień 1949 roku; Szkoła Podstawowa im. Stanisława Konarskiego w Tarnowie, szkoła dla dziewcząt. Budynek z czerwonej cegły, w stylu eklektycznym, obszerne, jasne sale. Klasy liczne, w ławkach zasiadły dzieci z terenów na wschód od Buga, córki rodzin romskich, łemkowskich, niemieckich, żydowskich. Tarnowianki stanowiły połowę i z początku próbowały „zadzierać nosa”. Każda uczennica codziennie dostawała łyżkę tranu podawaną wspólną łychą. Wszechobecne wszy, bez przeszkód, wędrowały z główki  do główki.

 W każdej  klasie był „kącik czystości” Drewniany mebel z miednicą, dzbankiem na wodę, ręcznikiem – nie do użytku – wyłącznie dla ozdoby. Moja pierwsza lekcja z absurdu.

Nauczycielki. Zapamiętałam Jedną:                         

                                                                                                              Pani od polskiego: JANINA SMULSKA

Lekcje języka polskiego dawały wytchnienie od nijakiej, nacechowanej lękiem reszty:

- Do tablicy przyjdzie mi… mi – nauczycielski palec wodził  po spisie uczniów w górę i w dół Wreszcie pada nazwisko… Reszta oddycha z ulgą.

  Lekcje języka polskiego były inne, nadzwyczajne. Pani Smulska… Zapamiętałam Jej uśmiech. Uśmiechała się do nas, już od progu. Potem opowiadała o książkach, o przyrodzie, o przyjaźni, o zwierzętach. Czytając, uczyła intonacji, wrażliwości na urodę słowa, na piękno opisu. Zachęcała do wypowiedzi, dodawała odwagi:

- Podnieś głowę, oddychaj, czytaj powoli, wyraźnie…

Rozmowy, wypracowania domowe i klasówki były okazją dla pokazania uczniowi, co jest dobre, a co jest do poprawy. Każda z nas była dla Niej kimś ważnym.

Rozmowy. Zaczynała od pytania:

- Co myślicie o….? 

Jedna – na ochotnika – zaczynała, a reszta mogła dodawać, wtrącać swoje bez potrzeby wstawania do odpowiedzi Bywało żywiołowo, głośno. Potem Pani Smulska podnosiła do góry obie ręce i ze słowami – wiem, wystarczy, coś notowała. Opis z oceną. Nigdy nie bolało.

Pani Smulska udzieliła poważnej lekcji twardości.

Było tak: podczas zajęć z polskiego do klasy weszła uczennica najstarszej klasy:

- Pani dyrektor prosi o arkusz ocen Wandy Dudziak. Będzie miała obniżone o jeden stopień oceny z wszystkich przedmiotów, z zachowania też.

Ja w płacz. Pani Smulska wydała dokument. Podeszła do mnie blisko, z twarzą bez uśmiechu. Sama twardość:

  - Żadne łzy. To niewiele znaczy…Siadaj.

 Wydarzenie było jedną z form nękania mojego ojca, nauczyciela matematyki i fizyki, w ocenie władz osoby nieprawomyślnej politycznie.

Pani od polskiego. Uczyła, że życie ma piękne oblicza, że  lekturę wybiera się z kręgu kultury wysokiej, bo tylko wtedy człowiek się rozwija. Dziękuję za wszystkie lekcje polskiego, które są moją furtką do wszechświata.