Wanda

Piszę co myślę

Wpisy z tagiem: dzieciństwo

 

Małgorzacie C.

Zaproponowałam dyskusję o znanych, oryginalnych relacjach między ludźmi.  Niewiele z tego wyszło; ja o niebie, indagowani wręcz przeciwnie.

Europejska historia bez zakończenia:

Spotkanie dwóch dorosłych osób. Znienacka w jesienny czas; w słoneczny ranek i od słowa do słowa nawiązała się rozmowa o trudnym projekcie.

Zaproponowała następne spotkanie.Zdominował je projekt. Równocześnie wpadli na pomysł realizacji  trzeciej, ostatniej części założenia. Długa droga ku końcowi wydała się mniej żmudna.

Krótkie pożegnanie.  Chciała je przeciągnąć, ale brakło konceptu. Nazajutrz, telefonicznie obiecał współpracę. W marcu na zaproszenie  uniwersytetu w Louven  polecieli do Belgii .

Zwarli się w jedno. Zerojedynkowa całość opisana przez horyzont zdarzeń. Podróże między kontynentami, zajęcia ze studentami najlepszych, ekonomicznych uczelni  świata.

Jedność osób, które mam na myśli, trwa. Na przekór czasowi.

W Polsce próby  rozmów o związkach równoległych „palą na panewce”. Pod innym niebem łatwiej.

Tu  zasypywana jestem pytaniami o realia. Głównie o seks i o jawność . Pytania,  dopytania w dopierający m tonie:

-No to w tym związku to się bzykają, czy nie. Coś ściemnia  pani.

„Ściemnia” – słowo z z sali.

Dawno temu, w czasach mocnej nadziei na wszystko, łaziłam do spowiedzi. Katecheta nalegał, mama radziła  pracować na „bilet do nieba” ( siedem tzw. pierwszych piątków”).

Czas bytowo trudny. Nie było z kim rozmawiać. Zakonnice na pytania albo parskały śmiechem, albo z zażenowaniem  syczały: tsssss.

Spowiedników ciekawił jeden wątek:o cudzołożeniu i rzeczach nieskromnych. Opowiadałam o przeludnionym domu. W dwóch pokojach  egzystowała trzypokoleniowa rodzina. Bywało, że zjawiali się ludzie z wojenno repatriacyjnych tułaczych traktów i trzeba było przyjąć na nocleg, ugościć.  Zapytałam Babci:

-Dlaczego ci ludzie  przyszli? Tu jest ciasno, oni tu cudzołożą!

Spowiednika ciekawił wątek, co ja robię przed zaśnięciem. W oczekiwaniu na odpowiedź  zbliżał twarz do kraty i sapał.

To był początek mojej drogi do innych niż KK wyznań, do egzotycznych zborów i aśramów. Po latach i tę drogę  poszukiwań porzuciłam.

 

 

 

„ Jesteśmy dzieciobójcami i własną śmiercią w brzuchu starca zapłacimy za to, co uczyniliśmy swojej młodości”

Autor tych słów – profesor Jan Hartman w felietonie pt.”Ten szczęsny czas „zamieszczonym w tygodniku „Polityka”/nr.46, 12.11 – 18.11.2014./ powraca do czasu młodości, dzieciństwa.

My wtedy, my dziś. Ja wtedy, ja dziś. Zachowały się /nieliczne/ fotografie i szczęśliwie z mroków pamięci da się wydobyć fragmenty tamtej rzeczywistości.

Pamiętam opowieści zasłyszane z ust prawie domkniętych, oczy wbite w klepki brudnej podłogi albo zwracane w kierunku czarnej powały. Opowieści – słowa języka pogranicza, mieszanina języka ukraińskiego, rosyjskiego, ruskiego/łemkowskiego.W przytoczeniach słowa w jidysz.

Wspomnienie przywołuje odległy czas – z słowackich przysiółków, w poprzek karpackiego grzbietu, z miejsc ogarniętych powstaniem, schodzili do wsi uchodźcy.
Prowadzili starców, dzieci i bydło. Schronienie znajdowali powiązani z miejscowymi rodzinnie, klanowo. Obcy zastawali zaparte od wewnątrz wrota i psy spuszczone z łańcucha…

Potomków ludzi z Wschodniej Polski, tych zza Buga i Łemków przesiedlono na Ziemie Odzyskane. Zielonogórskie, piaszczyste  pola, poniemieckie gospodarstwa i nadwarciańskie doliny.Nieurodzajne ziemie, co zasiano/posadzono niszczyły dziki.
Tam, we wsi Drzonów, z ust seniorki wielopokoleniowej rodziny usłyszałam skierowane do mnie słowa:”puszka duchu” i jeszcze „niezdała”.
Słyszeli liczni i liczne, kiwali głowami….

Gdybym wtedy miała choć odrobinę oleju w siedmioletnim łepku, to pojęłabym przyczynę niskiej oceny. Znalazłam się tam podczas wakacji,  ciekawiło mnie towarzystwo rówieśnych dzieci i to jak zdobyć coś więcej do jedzenia.
Słowa babki, jej świdrujące, małe oczy patrzyły na mnie z głęboką przyganoniechęcią.
Mój mądry i dobry ojciec, jakiś czas później, może wcześniej, powiedział mi, że powołał mnie na świat w akcie pomyłki.

Zapamiętałam też słowa beskidzkiego flisaka. Podczas spływu Dunajcem zapytał mnie, czy chodzę już do szkoły,  właśnie zaczęły się wakacje i pewnie na świadectwie dostałam dobre oceny..
-Tak – odpowiedziałam. Prawie same „ bardzo dobry”.
Mój mądry i dobry ojciec wyjaśnił:
-Uczę w liceum trzech synów wychowawczyni klasy do której chodzi: tu ruch brodą w moim kierunku.

Z wakacji na zachodzie pamiętam próby oswojenia mnie z psami. Gospodarstw pilnowały wioskowe Burki, w dzień przywiązane do budy.Nocą biegały po podwórzu uczepione do długiego łańcucha, a ten zawieszano za drucie rozpiętym wzdłuż obejścia.
Pewnego niedzielnego popołudnia,  psa ciotki Hani puszczono wolno. Mój dobry i mądry Tato polecił mi wyjść na zewnątrz i zamkną za mną drzwi na łańcuch.
Oswobodzony Burek z szczekaniem dobiegł do mnie. Zemdlałam.
„Ona się wtedy posrała ze strachu.”

Po maturze, zdanej cudem, pojechałam na obóz wędrowny. Pieniny, Beskid Sądecki, Pasmo Radziejowej, Jaworzyna Krynicka… Wtedy jeszcze żył i tworzył Nikifor później zwany Krynickim. Syn Łemkini i znanego polskiego pejzażysty.

Do Krościenka przyjechał na motorze/ SHL/ Roman i Wojtek  na BSA-500. Nie wiem, jak mnie tu znaleźli. Zabrałam plecak i do widzenia obozie w Pieninach.
Roman zapytał:
–    gdzie jedziemy?
-   do Zakopanego.

W T. nie miałam czego szukać. Myślałam o studiach, ale gdzie, jaki kierunek…i za co.
Studia podjęłam trzy lata później. Wydział Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Łódzkiego. Po latach, dyplom magisterski / kierunek zoologia/ z oceną – bardzo dobry.

Co się stało z dziewczynką, która hasała po nadwarciańskich lasach, która na słowa ojca:
-  a może byś zadanie matematyczne jakieś rozwiązała?
ani razu nie wysłuchała  zdania spokojnie patrząc ojcu w twarz. Gdy kończył zdanie – torturę, przebiegałam już wał nadwarciański  na wysokości gospodarstwa Fediów .

Co się stało z dziewczynką z warkoczami, które upodobały sobie wszy? Co się stało z dziewczynką, która rosła i twardniała wśród rodzicielskiego głodu i kopniaków.
„Puszka duchu,” czyli kłak, pył, resztka po dmuchawcu” Uznałam   te  słowa  za kłamliwe. Czyli: zamilcz babo i weź się za posiłek dla domowników, jestem mała, rosnę i nie skąp mi pożywienia. Dziewczynka, która dostawała nie dość pożywienia, nie dość bielizny i kąpieli.
Dziewczynka we mnie jest moją pierwociną. Najpierw był bieg do zabaw, których część sama wymyślała a grupa przystawała na wygłup lub nie. Zabawy we wszystko: dom, szkołę, sklep, aptekę, lekarza. Zabawy w gromadzie, wśród wysokich traw i krzewów nad Wartą…Dorośli tu nie zaglądali. W pierwszej licealnej nauczycielka WF poleciła mi wejść wysoko na drabinkę. Odmówiłam. Miałam brudne stopy. Udałam strach przed wysokością. Nazwała mnie Ciućmą.

Dziewczynka rosła i mężniała. Zamieniła się w twardą babę, która w sobie chroniła dziewczynkę. Chroni ją do dziś. Razem, podczas spektakli na wyspie, w przestrzeni bez rekwizytów grają etiudy. Przed rokiem do dziewczynki i baby dołączył dominikański diakon, syn uczestnika Bitwy  o Anglię.