Wanda

Piszę co myślę

Wpisy z tagiem: edukacja

 

Trzy dni ostatniej dekady listopada  w Falentach; z dobrego przypadku, dzięki zaproszeniu Fundacji im. Stefana Batorego. Nazwa falenty  fonetycznie współbrzmi  z melodią wody z niskiej skarpy niespiesznie, krętym pasmem, do kwitnącego stawu.

Sto osób z Polski, różnego wieku, pochodzenia i proweniencji, uczestnicy akcji „Masz głos”,  usłyszeli o potrzebie  gromadzenia kapitału obywatelskiego.

Wielkie mi co. To się robi w  codziennej mitrędze, krok po kroku, ku poprawie/likwidacji tego, co  jest źródłem lokalnej uciążliwości.

Na początku wykładoprezentacje, wystąpiły osoby z wzajemną  chwalbą, a  i zachętą. Na przykład o pożytkach z umiejętności budowania marki. 

Część prezentacyjno/reprezentacyjna i jak zwykle wolne wnioski,  (a są szybkie, albo wnioski za kratami?). Uszy mi się wyłączały…. aż tu  z ostatniego rzędu płaskiej widowni siwy blondyn w szarym odzieniu, dobrą polszczyzną z żywą intonacją polemicznie wyłożył. Nie wiem co wyłożył, ale cztery plus za prawidłowe akcentowanie.  Postanowiłam go odszukać.  Szara postać, lekko przygarbiony zaszłam mu drogę i poprosiłam o rozmowę.

Nazajutrz w porze kawowej przerwy usiadł przed kominkiem. Wlazłam mu przed oczy, on gapił się w ogień…

Pies mu modę – przemknęło  mi. Lizanie twarzy,  to jest dla przyjaciół – tak myśli Martha. Usiadłam tyłem i w pogodnej gawędzie z blondynką z Kuniowa, wśród relacji komicznego wątku znalazło się trochę niehamowanego śmiechu… 

Szary podszedł i ponuro zażądał  ciszy. Ciszy? Hotelowy hol, wspólna przestrzeń w porze przedpołudniowej kawy. Nie zwrócił się do mnie, ale do blondynki.

Nadwrażliwy osobnik – pomyślałam.

Nazajutrz, mimochodem natknęłam się na ponuraka…Ten sam szary strój. Chyba nie chował urazy, nawet przywołał uśmiech.Uśmiech do zapamiętania.

Do zapamiętania . Mimo wszystko.

 Tytuł wpisu jest ukradziony Francois  Sagan, a kwitnący w określeniu stawu dotyczy bardzo chorej wody.

 

 

Nowy rok szkolny, nowy rok akademicki, „Dzień Nauczyciela”, wydarzenia związane z edukacją są dobrą okazją do chwili zadumy nad własną, szkolną przeszłością.  

Jak to było? Sięgam pamięcią i pokazują się obrazy, jak z dokumentalnego filmu. Przejście od dziecięcej zabawy do pierwszych obowiązków w roli uczennicy: granatowy fartuch, tekturowy tornister Część nowej rzeczywistości budziła trwogę…

 Wrzesień 1949 roku; Szkoła Podstawowa im. Stanisława Konarskiego w Tarnowie, szkoła dla dziewcząt. Budynek z czerwonej cegły, w stylu eklektycznym, obszerne, jasne sale. Klasy liczne, w ławkach zasiadły dzieci z terenów na wschód od Buga, córki rodzin romskich, łemkowskich, niemieckich, żydowskich. Tarnowianki stanowiły połowę i z początku próbowały „zadzierać nosa”. Każda uczennica codziennie dostawała łyżkę tranu podawaną wspólną łychą. Wszechobecne wszy, bez przeszkód, wędrowały z główki  do główki.

 W każdej  klasie był „kącik czystości” Drewniany mebel z miednicą, dzbankiem na wodę, ręcznikiem – nie do użytku – wyłącznie dla ozdoby. Moja pierwsza lekcja z absurdu.

Nauczycielki. Zapamiętałam Jedną:                         

                                                                                                              Pani od polskiego: JANINA SMULSKA

Lekcje języka polskiego dawały wytchnienie od nijakiej, nacechowanej lękiem reszty:

- Do tablicy przyjdzie mi… mi – nauczycielski palec wodził  po spisie uczniów w górę i w dół Wreszcie pada nazwisko… Reszta oddycha z ulgą.

  Lekcje języka polskiego były inne, nadzwyczajne. Pani Smulska… Zapamiętałam Jej uśmiech. Uśmiechała się do nas, już od progu. Potem opowiadała o książkach, o przyrodzie, o przyjaźni, o zwierzętach. Czytając, uczyła intonacji, wrażliwości na urodę słowa, na piękno opisu. Zachęcała do wypowiedzi, dodawała odwagi:

- Podnieś głowę, oddychaj, czytaj powoli, wyraźnie…

Rozmowy, wypracowania domowe i klasówki były okazją dla pokazania uczniowi, co jest dobre, a co jest do poprawy. Każda z nas była dla Niej kimś ważnym.

Rozmowy. Zaczynała od pytania:

- Co myślicie o….? 

Jedna – na ochotnika – zaczynała, a reszta mogła dodawać, wtrącać swoje bez potrzeby wstawania do odpowiedzi Bywało żywiołowo, głośno. Potem Pani Smulska podnosiła do góry obie ręce i ze słowami – wiem, wystarczy, coś notowała. Opis z oceną. Nigdy nie bolało.

Pani Smulska udzieliła poważnej lekcji twardości.

Było tak: podczas zajęć z polskiego do klasy weszła uczennica najstarszej klasy:

- Pani dyrektor prosi o arkusz ocen Wandy Dudziak. Będzie miała obniżone o jeden stopień oceny z wszystkich przedmiotów, z zachowania też.

Ja w płacz. Pani Smulska wydała dokument. Podeszła do mnie blisko, z twarzą bez uśmiechu. Sama twardość:

  - Żadne łzy. To niewiele znaczy…Siadaj.

 Wydarzenie było jedną z form nękania mojego ojca, nauczyciela matematyki i fizyki, w ocenie władz osoby nieprawomyślnej politycznie.

Pani od polskiego. Uczyła, że życie ma piękne oblicza, że  lekturę wybiera się z kręgu kultury wysokiej, bo tylko wtedy człowiek się rozwija. Dziękuję za wszystkie lekcje polskiego, które są moją furtką do wszechświata.  


 

Sandrze S.  – ostatni akapit jest o Pilchu…

Rodzice kilkulatków zabiegają wokół  ich zdrowia, początkowej edukacji i odzienia. Gówniarze (w latach przedszkolnych i później) zapadają na choroby zakaźne, doznają inwazji pasożytów odzwierzęcych.

W szkole radzą sobie… jaki dom, taka progenitura. Mama powtarza: uczsieuczsieuczsie, weź sie za zade z maty i reszte, popatrz na Alana, same pochwały, a ty? Mama  siada przed telewizorem, z piwem w ręce.

Smarkateria przeradza  się w dojrzewający żywioł, przybywa nowy element. Seks. Matka, jeżeli  jako tako oczytana, aranżuje rozmowy. Nastolatek wysłucha, nie zgłasza pytań  oprócz jednego:

- Mama skończyła, czy chce się jeszcze czegoś dowiedzieć?Syn wierci się jak owsik w fałdach okołoodbytniczych.

- Pytaj, odpowiem. Powinieneś rozmawiać z ojcem, ale wiesz…

Mama indaguje córkę. Rozmowa bogatsza w treść. Okazuje się, że klasowe koleżanki chadzają z matkami do miejscowej  Poradni K. Po porady.

Zapobiegać, zapobiegać, trzymać  przysłowiową rękę na przysłowiowym pulsie.W polskich szkołach edukacja w sprawach seksu  leży i kwiczy. Straszy widmo ciąży i chorób roznoszonych drogą płciową. „Bal czystości”  jako oprawa rytuału przysięgi  wstrzymania się  od praktykowania życia płciowego przed małżeństwem – przysięgi, którą składają wyłącznie dziewczęta. Pomysł wadliwy u podstawy. Łamie  wolę. Próba zamknięcia problemu do szafy lub do puszki ze szczelną pokrywą.

Dziewczyna, na fali stadnego wydarzenia, złoży przysięgę, chociaż to nie jest akt jej woli. Można sobie w życiu postanowić to, czy tamto. Dotrzymać lub nie. Wolna wola. Gówno komu do tego… Czy gówno? Bliska mi dziewczyna postanowiła powstrzymać się od zachowań ryzykownych do czasu ukończenia studiów i znalezienia pracy. Wtedy sfinansuje ewentualne skutki  ryzykownych zachowań. Dlaczego nie uczy się dzieci i młodzież zasad bezpiecznego seksu?  Dlaczego? Kler jest przeciw. Kler jest  przeciw systemowo wdrożonym szczepieniom dziewcząt, szczepieniom zapobiegającym rakowi w  narządu rodnego.

Coś z historii: Żeńska  klasa maturalna, ostania lekcja religii. Ksiądz przez 45 minut  nakłaniał  dziewczęta do zachowania cnoty do momentu zawarcia związku małżeńskiego. Katecheta powtarzał: „zachowaj cnotę”. Czcigodny starzec miał na myśli nikły fragmentu tkanki łącznej w obrębie dziewczyńskiego krocza. Czystość. Słowo, które opisuje stan. W moim mieście jest brudnawo. Sprząta się, lecz niestarannie. Czy jest czysto? Nie. Jest czystawo/brudnawo. Czy osoba, która powstrzymuje się od aktywności cielesnej jest czysta? Nie wiem. Co ma piernik do wiatraka?

Aktywny erotycznie Jerzy Pilch ma kłopoty natury higienicznej. Etycznie, towarzysko, po ludzku jest osobą piękną, genialnie utalentowaną literacko. Jego proza jest czysta, klarowna, zrozumiała dla umysłu i duszy. Onegdaj widziałam  Jerzego z bliska, na odległość kawiarnianego stolika „U Janeczki”. We Wiśle. Zza okularów czyste oczy. Trwaj chwilo…

 Pomysł od początku wzbudził mój niepokój, dezaprobatę. Pomysł, który zaistniał jako przysłowiowa wyborcza kiełbasa aktualnie jawi się jako jedna z prób destabilizacji polskich finansów.

Ludzie myślący, żyjący w stabilnych związkach, mający stałe i godziwe dochody, ilość dzieci planują wedle kondycji stadła. Tu 500 plus z rozdawnictwa nie przyda się. Środki te warto użyć na wsparcie edukacji na wszystkich poziomach. Na dofinansowanie prac badawczych w obrębie projektów, które wprost posłużą  rozwojowi naszego przemysłu. Wtedy wzrośnie zatrudnienie, wzrosną płace, PKB, finanse państwa i prestiż. Teraz w świecie jesteśmy postrzegani jako plemię nieudaczników. Fajnie nas obnażyła Komisja Wenecka.  Co PIS przedsiębierze – to kula w płot i wstyd i  strata.

Rozdawnictwo ma rację bytu jako akcja doraźno – ratunkowa w warunkach np. klęski, a nie jako narodowy program na lata.

PIS mówi  – poprawimy sytuację demograficzną  kraju. G…o prawda. Środowiska rodzin niestabilnych, z alkoholowym problemem, nękane chorobami i biedą będą płodziły dzieci, ale jakie dzieci? Jaka będzie ich kondycja i los? Co one zarobią? Powiększą liczbę klienteli MOPS – ów.

„Pani od polskiego…”

Nowy rok szkolny, nowy rok akademicki,”Dzień Nauczyciela”, wydarzenia związane z edukacją, są dobrą okazją do chwili zadumy nad własną szkolną przeszłością.

Tarnów, rok 1949. Szkoła Podstawowa nr 2 im. Stanisława Konarskiego. Budynek z czerwonej cegły zbudowany w stylu eklektycznym, obszerne, jasne sale. Szkoła dla dziewcząt. Klasy liczne, w ławkach zasiadły dzieci z terenów na wschód od Buga, córki rodzin romskich, łemkowskich, żydowskich. Tarnowianki stanowiły połowę
i z początku próbowały „zadzierać nosa”. Każda uczennica codziennie dostawała tran podawany wspólną łychą. Wszechobecne wszy bez przeszkód wędrowały z główki do główki.

W każdej klasie był „kącik czystości”. Drewniany mebel z miednicą, dzbankiem na wodę, ręcznikiem – nie do użytku, wyłącznie dla ozdoby. Moja pierwsza lekcja
z absurdu.

Nauczycielki. Zapamiętałam Jedną :

Pani od polskiego: JANINA SMULSKA.

 Lekcje języka polskiego dawały wytchnienie od nijakiej, nacechowanej lękiem reszty:- do tablicy przyjdzie mi…. mi…nauczycielski palec wodził po spisie uczniów w górę i w dół. Wreszcie pada nazwisko… reszta oddycha z ulgą.

Lekcje z polskiego były inne, nadzwyczajne. Pani Smulska … Zapamiętałam Jej uśmiech. Uśmiechała się do nas już od progu. Potem opowiadała o książkach,o przyrodzie, o przyjaźni, o zwierzętach. Czytając, uczyła intonacji, wrażliwości na urodę słowa, na piękno opisu. Zachęcała do wypowiedzi, dodawała odwagi:
- podnieś głowę, oddychaj, czytaj powoli, wyraźnie.

Rozmowy, wypracowania domowe i klasówki były okazją dla pokazania uczniowi co jest dobre, a co jest do poprawy. Każda z nas była dla Niej kimś ważnym.

Rozmowy. Zaczynała od pytania:
- co myślicie o….? Głos zabierała jedna, a reszta mogła dodawać, wtrącać swoje. Często było głośno, żywiołowo. Pani Smulska podnosiła obie ręce i ze słowem – wiem, wystarczy, coś notowała. Opis z oceną. Nigdy nie bolało.

Pani Smulska udzieliła mi pierwszej lekcji twardości. Było tak:  podczas lekcji polskiego do klasy weszła uczennica najstarszej klasy:
- pani dyrektor prosi o arkusz ocen Wandy Dudziak. Będzie miała obniżone o jeden stopień oceny z wszystkich przedmiotów, z zachowania też. Ja w płacz. Pani Smulska wydała dokument. Podeszła do mnie blisko, z twarzą bez uśmiechu. Sama twardość…
- żadne łzy. To niewiele znaczy…Siadaj.
Wydarzenie było jedną z form nękania mojego ojca, nauczyciela matematyki i fizyki, dla ówczesnych władz osoby nieprawomyślnej politycznie.

Pani od polskiego. Uczyła, że życie ma piękne oblicza, że lekturę wybiera się z kręgu kultury wysokiej, bo tylko taka służy do budowania dobra. Dziękuję za wszystkie lekcje polskiego, które są moją furtką do wszechświata.

Budowanie dobra w osobie odbywa (chyba) się cały czas. Od początku, po kres.

Czesław Panczakiewicz

( 1901 – 1958)

 Urodził się w Wadowicach, tu ukończył gimnazjum, później krakowskie Liceum Pedagogiczne.

W latach: 1925 – 1958 pracował w wadowickim gimnazjum jako nauczyciel ćwiczeń cielesnych dla chłopców.

To był WF tamtych czasów i myślę, że dużo więcej niż współczesny WF.

Oprócz synów wadowickich rodzin, do szkoły uczęszczali chłopcy z okolicznych, biednych, beskidzkich przysiółków, część kwaterowała w przyszkolnej bursie,
inni na stancji u mieszczan.

Wadowice: galicyjskie miasteczko,wszechobecna bieda, wąskie, krzywe uliczki wśród kurzu lub błota. Emil Zegadłowicz, pisarz z Gorzenia Górnego w powieści „Zmory”pięknym tekstem oddaje klimat i realia tamtego czasu.

W klasach panowała zdrowa rywalizacja. Niektórzy jaśnieli przy tablicy… Miód na na nauczycielską duszę. Poważne czytelnictwo było w najwyższej cenie.

Co do „ćwiczeń cielesnych dla chłopców”: tu siły, chęci, możliwości rozkładały się inaczej. Część chłopców, szczególnie ci, którzy pochodzili z wiejskich rodzin, cierpieli na niedowagę, na wady postawy, powodowani wstydem, brakiem stosownego stroju, obuwia – do ćwiczeń cielesnych podchodzili z niechęcią.

Pan Panczakiewicz – tak o Nim zawsze mówili – ośmielał, zachęcał. Stopniowo zagrzewał do fizycznego wysiłku. Nigdy, przenigdy nie kpił, nie stosował szyderstw, grubego żartu. Wszystkie ćwiczenia wykonywał razem z uczniami, brał udział w grach zespołowych, uczył zasad fair play.

Lekcje ćwiczeń cielesnych, nawet dla tych, ubogo przez naturę wyposażonych,nie były udręką, a w wielu zaszczepił na całe życie umiłowanie do aktywności sportowej. Jednym z uczniów Pana Panczakiewicza był Karol Wojtyła.

Czesław Panczakiewicz przez całe życie był wierny pasji – umiłowaniu beskidzkiego regionu, jest jednym z ojców polskiej turystyki pieszej i narciarskiej.

Organizował wycieczki, uczniowie poznawali pasma Beskidu Małego, Średniego ( Beskid Makowski), Beskidu Wysokiego (Beskid Żywiecki).

W Wadowicach założył oddział Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (później PTTK), był pomysłodawcą i inspiratorem budowy schroniska na Leskowcu (922m)
- najwyższe wzniesienie w wschodniej części Beskidu Małego.Wraz z uczniami Józefem Mertą i Rafałem Tatką wyznakował wiele kilometrów górskich szlaków.

Schronisko na Leskowcu – oddane do użytku w1932 roku, niebieski szlak wiodący
z Wadowic na Leskowiec, przełęcz między Łysą Górą (554m) a Bliźniakami Giermotką (564m) noszą Jego imię.

 

Lato, wakacje sprzyjają wycieczkom. Wycieczki łączą się z poznawaniem. Karpaty, Beskidy… Przyroda, historia regionu, zabytki. Przewodnik opisuje górską panoramę, ciekawie brzmią nazwy poszczególnych wzniesień.

Beskidzkie pasma zbudowane z fliszu karpackiego przetrwają stulecia, przyroda z właściwą jej żywotnością, zachwyci jeszcze niejedno pokolenie. Zabytki kultury materialnej są o wiele trwalsze niż ludzki los.
Zasłużeni, niezwykli ludzie regionu. Bywają patronami miejscowych szkół, imię widnieje w nazwie schroniska, górskiej przełęczy, w nazwie zabytku przyrody nieożywionej.

Proponuję chwilę zadumy nad niezwykłymi osobami. Oto jedna z nich…

Andrzej Komoniecki (1658 – 1729)
wójt Żywca od 1688 r. do 1729 r.

Andrzej Komoniecki: osoba i dzieło. Czterdzieści lat obywatelskiej służby i mrówczej pracy naukowej.

Syn żywieckiej, mieszczańskiej, zasobnej rodziny. Przeznaczony do stanu duchownego ukończył dobrą, parafialna szkołę. Potem studiował samodzielnie korzystając z przykościelnej biblioteki.Władał piękną polszczyzną, język niemiecki, czeski i łaciński opanował tak, że później, w pracy samodzielnie przygotowywał potrzebne przekłady. W 1686 r. został burmistrzem. Od 1688 r. do 1729 r. piastował wybieralną funkcję wójta.
Żywiec – miasto południowego pogranicza, miasto nękane przemarszami wojsk, klęskami naturalnymi, pożarami, epidemiami chorób zakaźnych.Właścicielami miasta byli książęta z rodu Komorowskich, później Wielopolskich.
Rozważnie współdziałał z pałacowym dziedzicem i katedralną hierarchią.
Dbał o rozwój rzemiosła, tworzył zbiorowości cechowe. Pełnił liczne obowiązki związane z sądownictwem (słynne sprawy związane z beskidzkim zbójnictwem).
Teksty wystąpień sam przygotowywał, bez urzędniczej pomocy. Wójt Andrzej sporo podróżował. Przewodniczył pielgrzymkom: ( do Rychwałdu, Kalwarii Zebrzydowskiej a nawet do Częstochowy). To dla ducha, dla ciała przesiębrał wycieczki krajoznawcze.
W 1695 r. w wieku 37 lat ożenił się z Zofią Kalfassowicz, żywiecką mieszczką. Wychowali dwóch synów, Antoniego i Jana Zachariasza, córka Elżbieta zmarła w dzieciństwie.

Wójt Andrzej oprócz służby obywatelskiej zajmował się poważną pracą naukową.
Gromadził dokumenty, przepisywał je, tłumaczył na język polski. Sporządzał notatki z wydarzeń w mieście, z obserwacji zjawisk meteorologicznych, dodając komentarze.
Powstawał materiał źródłowy do epokowego dzieła: „Chronographia – dziejopis żywiecki…”
Praca liczy 500 stron i jest monumentalną kroniką miasta i żywiecczyzny począwszy od 1430 do 1728 roku. Zawarł w niej bogactwo wiedzy z historii miasta i okolic, o ludziach i ich bogatej kulturze duchowej i materialnej. Opisywał zjawiska przyrodnicze, snuł prognozy co do urodzaju i cen rynkowych. Sporo miejsca zajmują relacje z uroczystości związanych z rokiem liturgicznym, z wydarzeń z sfery obyczaju, magii, prawa i sądownictwa, reportaże z podróży. Dzieło kończy własnoręcznie sporządzony indeks.

Rękopis można podziwiać w w Muzeum Miejskim w żywieckim Starym Zamku.
W Żywcu można znaleźć dowody pamięci. Patron szkoły, ulicy, rzeźbiarski wizerunek na magistrackiej tablicy pamiatkowej, osobna ekspozycja w muzeum. W Beskidzie Małym, w grupie Łamanej Skały jest Grota im. Andrzeja Komonieckiego.

Uważam, że na niezwykłość Wójta Andrzeja składa się też siermiężny, codzienny trud, żony Zofii Kalfassowicz. Zapewniała małżonkowi spokój i wsparcie, które jest konieczne w twórczym, długotrwałym wysiłku.
Komonieccy byli dość zamożni. Mimo to, nie używali dobra na czcze rozrywki. W 1701 r. na rzecz budowy drewnianej kaplicy pw. Przemienienia Pańskiego założyli fundację. Wokół kaplicy wytyczono tereny cmentarne. Dla katedry i dla żywieckiego kościoła pw. św. Marka ufundowali ołtarze. Fakty te są „Dziejopisie…” odnotowane w formie skromnej notatki.

Prof.dr.hab.Stanisław Szczotka (1912 – 1956)
historyk, regionalista, etnograf, socjolog .

Urodził się w Milówce jako ostatnie, jedenaste dziecko biednej, góralskiej rodziny. Ukończył żywieckie gimnazjum. Za namową i wsparciem miejscowych księży,  podjął studia humanistyczno – filozoficzne w krakowskim UJ. Magisterium i doktorat obronił niemal równolegle, dzięki wspaniałej pracy z dziedziny reformacji – o Arianach w Polsce.
W 1937 roku prof. Stanisław Szczotka przygotował pierwsze wydanie „Dziejopisu…” Rękopiśmienny, podzielony na trzy części łaciński tekst został przetłumaczony na język polski. W 1938 r. pierwszy tom dzieła znalazł się na księgarskim rynku. Rozszedł się w „oka mgnieniu”. Tom drugi w 1939 roku przygotowany  do powielenia zniszczyli Niemcy.
Rękopis dzieła ukryty w magistrackim sejfie,  uratował przed niemiecką kradzieżą Marceli Korzeniowski, ratuszowy woźny.

Wojenne losy Profesora są splotem wydarzeń  podczas których ratował innych, jemu zaś przychodzili z pomocą inni  i to  sytuacjach. skrajnie trudnych.
Po wojnie Profesor pracę dydaktyczną w UJ,(później w Uniwersytecie Poznańskim) łączył z wielokierunkową pracą badawczą i publicystyczną,jest  m.in.  autorem nowatorskiego podejście do tematyki powstań chłopskich, do zjawiska beskidzkiego zbójnictwa. Na terenie żywieckich wzniesień Grójeckich zainicjował prace archeologiczne.
Świetny organizator, pomocny, przyjacielski, pogodny.

Zginął  12 lipca 1954roku  podczas podróży koleją, w niewyjaśnionych  okolicznościach.  Żył 43 lata, był u szczytu twórczych sił.

.

Z uwagą studiuję wpisy młodych adeptów dziennikarstwa.  Pracują w lokalnych redakcjach, równocześnie  studiują, sporo publikują. Obserwatorzy naszej rzeczywistości, bez jadu i szyderstwa. Teksty: w samo sedno, a  na koniec  wniosek i opis  próby naprawy .

Moje wpisy są dość monotematyczne   i ułożyły się na obwodzie okręgu . Współśrodkowo po okręgu  krąży  temat dzieci,  małych i starszych. Oba okręgi w ruchu a w centrum słowo:  EDUKACJA.

Do rzeczy. Informacje medialne są pełne opisów nędzy ludzkiej.  Dramatyczne wydarzenia  związane z dziećmi  jako ofiarami różnorakich przestępstw. Mord na dziecku,  pedofilia,  współżycie z małoletnim….

Odpowiedzialni za zło /mam na myśli hierarchów KK/   prezentują  niedorzeczny bełkot: ” To nie my, to ono, oni, one i bezosobowa ideologia”. Sprawcy często unikają kary a ofiary pozostawione bez pomocy. System penitencjarny nieruchawy, stronniczy, ten sam kodeksowy zapis róznie skutkuje, w zależości kim jest sprawca.

Co robić więc  ?

Chronić najsłabszych. Jak ?  Poprzez EDUKACJĘ .

Szkolna zawodzi. Brak kadry, cierpliwości…  Pozostaje  dom.  Rozmawiać,  rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać.  Podczas wspólnych zajęć,  zabawy, spaceru. Zadbać o koncentrację, tak,  by dziecko pojęło, że mowa o czymś WAŻNYM. Ostrzegać.  Równocześnie nie straszyć. Dzieci  celibatariuszom nie powierzać.

Brzmi  moralizatorsko. Co mam zrobić ? Może ktoś ten wpis przeczyta i pomyśli. A ten tytuł wpisu nie przystający  nijak do treści.?

Jesień przepiękna dokoła,  wystarczy  najpierw  pomyśleć  potem działać . Wtedy jest jak w tytule . Sprawdziłam.

Zewsząd słychać utyskiwania na jakość edukacji w Polsce. Narzekają nauczyciele, jęczą rodzice.  Dzieci słysząc krytyczne uwagi próbują  jakoś znaleźć się pośród jazgotu i wychodzi na to, że jutro Pani nie sprawdzi zady z maty.  Pojutrze też nie, bo nie będzie lekcji. Klasa jedzie na zawody. W piątek  wycieczka na Czantorię. Długi weekend, nikt niczego nie zadaje. Nawet jak zada to ” idzie się wymigać’.

Rozmowy przed klasówką: ” kułeś coś ? Nie, w życiu….. co będzie?  „E – leję na to.  Agata da zwalić”.

W szkołach panuje kult nicnierobienia. Na koniec łatwo jest zyskać ocenę „dopuszczający ” i dalej w świat.

W dorosłym świecie czeka dwojaki los.

Kolesio – koleżko- tatusiowy etatowicz. Jedni zapieprzają, nierobiś  „zarabia i uczestniczy w podziale dywidendy. Poznaje właściwych ludzi i zabezpiecza się na przypadek np. zmiany ekip.Większość chwyta się prac byle jakich lub wyjeżdża.

W szkolnictwie  „uczą ” starzy nauczyciele, niektórzy tak starzy, że miewają problem z utrzymaniem kredy i moczu. Absolwenci uniwersytetów składają CV i czekają.. na telefon.

Czas na zmiany. W domu i w szkole wprowadzamy kult dobrej roboty. Nauczyciele  w trakcie przebieżki po awansowych ścieżkach  zgłaszają innowacje i piszą programy mające na ceku naukę pożytecznych umiejętności. Naukę zarządzania pieniędzmi zaczynamy razem z nauką arytmetyki.  Słowo „chcę ” zamieniam na „mogę, potrafię „.

Pomóż drugiemu. On pomoże tobie, bo to tak działa, choć nie w każdym przypadku. W szkołach wprowadźmy kult olimpijczyków, kult czytelnictwa w  obu formach. Biblioteka i czytelnie z zbiorami cymeliów ,to miejsce dla orłów, źródło rozwoju i wzruszeń. Równolegle  uprawiamy wybrane dziedziny sportu, wycieczki  z historią regionu i geografią  w tle. Słyszę utyskiwania :  „Młodzież jest bez wartości „. Młodzi są tacy,  jak dom. Bardzo trudno siąść do zady z maty  gdy huczy telewizornia,  a rodzic znad butelki z piwem pieprzy : „uczsieuczsie” . Taki rodzic w szkole, to gorsze niż zaraza. Bywa chamski, roszczeniowy.  Przychodzi na wywiadówki , śmierdzi potem, piwem i atakuje.  Na szczęście ten typ występuje w mniejszości .