Nowy rok szkolny, nowy rok akademicki, „Dzień Nauczyciela”, wydarzenia związane z edukacją są dobrą okazją do chwili zadumy nad własną, szkolną przeszłością.  

Jak to było? Sięgam pamięcią i pokazują się obrazy, jak z dokumentalnego filmu. Przejście od dziecięcej zabawy do pierwszych obowiązków w roli uczennicy: granatowy fartuch, tekturowy tornister Część nowej rzeczywistości budziła trwogę…

 Wrzesień 1949 roku; Szkoła Podstawowa im. Stanisława Konarskiego w Tarnowie, szkoła dla dziewcząt. Budynek z czerwonej cegły, w stylu eklektycznym, obszerne, jasne sale. Klasy liczne, w ławkach zasiadły dzieci z terenów na wschód od Buga, córki rodzin romskich, łemkowskich, niemieckich, żydowskich. Tarnowianki stanowiły połowę i z początku próbowały „zadzierać nosa”. Każda uczennica codziennie dostawała łyżkę tranu podawaną wspólną łychą. Wszechobecne wszy, bez przeszkód, wędrowały z główki  do główki.

 W każdej  klasie był „kącik czystości” Drewniany mebel z miednicą, dzbankiem na wodę, ręcznikiem – nie do użytku – wyłącznie dla ozdoby. Moja pierwsza lekcja z absurdu.

Nauczycielki. Zapamiętałam Jedną:                         

                                                                                                              Pani od polskiego: JANINA SMULSKA

Lekcje języka polskiego dawały wytchnienie od nijakiej, nacechowanej lękiem reszty:

- Do tablicy przyjdzie mi… mi – nauczycielski palec wodził  po spisie uczniów w górę i w dół Wreszcie pada nazwisko… Reszta oddycha z ulgą.

  Lekcje języka polskiego były inne, nadzwyczajne. Pani Smulska… Zapamiętałam Jej uśmiech. Uśmiechała się do nas, już od progu. Potem opowiadała o książkach, o przyrodzie, o przyjaźni, o zwierzętach. Czytając, uczyła intonacji, wrażliwości na urodę słowa, na piękno opisu. Zachęcała do wypowiedzi, dodawała odwagi:

- Podnieś głowę, oddychaj, czytaj powoli, wyraźnie…

Rozmowy, wypracowania domowe i klasówki były okazją dla pokazania uczniowi, co jest dobre, a co jest do poprawy. Każda z nas była dla Niej kimś ważnym.

Rozmowy. Zaczynała od pytania:

- Co myślicie o….? 

Jedna – na ochotnika – zaczynała, a reszta mogła dodawać, wtrącać swoje bez potrzeby wstawania do odpowiedzi Bywało żywiołowo, głośno. Potem Pani Smulska podnosiła do góry obie ręce i ze słowami – wiem, wystarczy, coś notowała. Opis z oceną. Nigdy nie bolało.

Pani Smulska udzieliła poważnej lekcji twardości.

Było tak: podczas zajęć z polskiego do klasy weszła uczennica najstarszej klasy:

- Pani dyrektor prosi o arkusz ocen Wandy Dudziak. Będzie miała obniżone o jeden stopień oceny z wszystkich przedmiotów, z zachowania też.

Ja w płacz. Pani Smulska wydała dokument. Podeszła do mnie blisko, z twarzą bez uśmiechu. Sama twardość:

  - Żadne łzy. To niewiele znaczy…Siadaj.

 Wydarzenie było jedną z form nękania mojego ojca, nauczyciela matematyki i fizyki, w ocenie władz osoby nieprawomyślnej politycznie.

Pani od polskiego. Uczyła, że życie ma piękne oblicza, że  lekturę wybiera się z kręgu kultury wysokiej, bo tylko wtedy człowiek się rozwija. Dziękuję za wszystkie lekcje polskiego, które są moją furtką do wszechświata.