Wanda

Piszę co myślę

Wpisy z tagiem: polszczyzna

 

Trzy dni ostatniej dekady listopada  w Falentach; z dobrego przypadku, dzięki zaproszeniu Fundacji im. Stefana Batorego. Nazwa falenty  fonetycznie współbrzmi  z melodią wody z niskiej skarpy niespiesznie, krętym pasmem, do kwitnącego stawu.

Sto osób z Polski, różnego wieku, pochodzenia i proweniencji, uczestnicy akcji „Masz głos”,  usłyszeli o potrzebie  gromadzenia kapitału obywatelskiego.

Wielkie mi co. To się robi w  codziennej mitrędze, krok po kroku, ku poprawie/likwidacji tego, co  jest źródłem lokalnej uciążliwości.

Na początku wykładoprezentacje, wystąpiły osoby z wzajemną  chwalbą, a  i zachętą. Na przykład o pożytkach z umiejętności budowania marki. 

Część prezentacyjno/reprezentacyjna i jak zwykle wolne wnioski,  (a są szybkie, albo wnioski za kratami?). Uszy mi się wyłączały…. aż tu  z ostatniego rzędu płaskiej widowni siwy blondyn w szarym odzieniu, dobrą polszczyzną z żywą intonacją polemicznie wyłożył. Nie wiem co wyłożył, ale cztery plus za prawidłowe akcentowanie.  Postanowiłam go odszukać.  Szara postać, lekko przygarbiony zaszłam mu drogę i poprosiłam o rozmowę.

Nazajutrz w porze kawowej przerwy usiadł przed kominkiem. Wlazłam mu przed oczy, on gapił się w ogień…

Pies mu modę – przemknęło  mi. Lizanie twarzy,  to jest dla przyjaciół – tak myśli Martha. Usiadłam tyłem i w pogodnej gawędzie z blondynką z Kuniowa, wśród relacji komicznego wątku znalazło się trochę niehamowanego śmiechu… 

Szary podszedł i ponuro zażądał  ciszy. Ciszy? Hotelowy hol, wspólna przestrzeń w porze przedpołudniowej kawy. Nie zwrócił się do mnie, ale do blondynki.

Nadwrażliwy osobnik – pomyślałam.

Nazajutrz, mimochodem natknęłam się na ponuraka…Ten sam szary strój. Chyba nie chował urazy, nawet przywołał uśmiech.Uśmiech do zapamiętania.

Do zapamiętania . Mimo wszystko.

 Tytuł wpisu jest ukradziony Francois  Sagan, a kwitnący w określeniu stawu dotyczy bardzo chorej wody.

 

 

Nowy rok szkolny, nowy rok akademicki, „Dzień Nauczyciela”, wydarzenia związane z edukacją są dobrą okazją do chwili zadumy nad własną, szkolną przeszłością.  

Jak to było? Sięgam pamięcią i pokazują się obrazy, jak z dokumentalnego filmu. Przejście od dziecięcej zabawy do pierwszych obowiązków w roli uczennicy: granatowy fartuch, tekturowy tornister Część nowej rzeczywistości budziła trwogę…

 Wrzesień 1949 roku; Szkoła Podstawowa im. Stanisława Konarskiego w Tarnowie, szkoła dla dziewcząt. Budynek z czerwonej cegły, w stylu eklektycznym, obszerne, jasne sale. Klasy liczne, w ławkach zasiadły dzieci z terenów na wschód od Buga, córki rodzin romskich, łemkowskich, niemieckich, żydowskich. Tarnowianki stanowiły połowę i z początku próbowały „zadzierać nosa”. Każda uczennica codziennie dostawała łyżkę tranu podawaną wspólną łychą. Wszechobecne wszy, bez przeszkód, wędrowały z główki  do główki.

 W każdej  klasie był „kącik czystości” Drewniany mebel z miednicą, dzbankiem na wodę, ręcznikiem – nie do użytku – wyłącznie dla ozdoby. Moja pierwsza lekcja z absurdu.

Nauczycielki. Zapamiętałam Jedną:                         

                                                                                                              Pani od polskiego: JANINA SMULSKA

Lekcje języka polskiego dawały wytchnienie od nijakiej, nacechowanej lękiem reszty:

- Do tablicy przyjdzie mi… mi – nauczycielski palec wodził  po spisie uczniów w górę i w dół Wreszcie pada nazwisko… Reszta oddycha z ulgą.

  Lekcje języka polskiego były inne, nadzwyczajne. Pani Smulska… Zapamiętałam Jej uśmiech. Uśmiechała się do nas, już od progu. Potem opowiadała o książkach, o przyrodzie, o przyjaźni, o zwierzętach. Czytając, uczyła intonacji, wrażliwości na urodę słowa, na piękno opisu. Zachęcała do wypowiedzi, dodawała odwagi:

- Podnieś głowę, oddychaj, czytaj powoli, wyraźnie…

Rozmowy, wypracowania domowe i klasówki były okazją dla pokazania uczniowi, co jest dobre, a co jest do poprawy. Każda z nas była dla Niej kimś ważnym.

Rozmowy. Zaczynała od pytania:

- Co myślicie o….? 

Jedna – na ochotnika – zaczynała, a reszta mogła dodawać, wtrącać swoje bez potrzeby wstawania do odpowiedzi Bywało żywiołowo, głośno. Potem Pani Smulska podnosiła do góry obie ręce i ze słowami – wiem, wystarczy, coś notowała. Opis z oceną. Nigdy nie bolało.

Pani Smulska udzieliła poważnej lekcji twardości.

Było tak: podczas zajęć z polskiego do klasy weszła uczennica najstarszej klasy:

- Pani dyrektor prosi o arkusz ocen Wandy Dudziak. Będzie miała obniżone o jeden stopień oceny z wszystkich przedmiotów, z zachowania też.

Ja w płacz. Pani Smulska wydała dokument. Podeszła do mnie blisko, z twarzą bez uśmiechu. Sama twardość:

  - Żadne łzy. To niewiele znaczy…Siadaj.

 Wydarzenie było jedną z form nękania mojego ojca, nauczyciela matematyki i fizyki, w ocenie władz osoby nieprawomyślnej politycznie.

Pani od polskiego. Uczyła, że życie ma piękne oblicza, że  lekturę wybiera się z kręgu kultury wysokiej, bo tylko wtedy człowiek się rozwija. Dziękuję za wszystkie lekcje polskiego, które są moją furtką do wszechświata.  


 

Nic głębiej nie doskonali w polszczyźnie niż ambitne czytelnictwo. Co czytać,  kogo wybrać, które dzieła mistrza  mnie rozwiną? Autorzy rodzimi czy tłumaczenia?

Jest tak:  jeżeli wśród bibliotecznych penetracji natrafiam na cud, cymes, dzieło życia, szczyt piękna, bezbrzeżną potęgę myśli i słowa, to tegoż autora czytam wszystko. Dzieło i osoba twórcy ciekawią mnie pospołu.

Karol Bunsch przeprowadził mnie przez polskie średniowiecze. Isaac Beshevis Singer wiódł mnie przez dzieje Żydów w Polsce. Lektury wzbudziły najwyższe zaciekawienie. Zawarłam  przyjaźń z twórcami. Co wyniosłam z lektury? Po pierwsze obcowałam z przepiękną polszczyzną. Po drugie: treść. Ci twórcy nie oszukali mnie. Treść dzieł jest czysta.

Z literaturą obcojęzyczną – rzecz arcytrudna. Polski rynek księgarski zalany jest tłumaczeniami, których lepiej, żeby nie było.

Michel Houllebecq -  francuski, prozatorski talent naszych czasów powieścią: „Poszerzanie pola walki” wzbudził mój zachwyt tej miary, że czytałam po kilkakroć. Raz za razem, byle odwlec czas rozstania z bohaterami. Starym  zwyczajem rzuciłam się inne powieści Houellebecq’a.  Po lekturze została mi niechęć, znużenie, uczucie paskudnej blagi. Nie zaprzyjaźniłam się z Michelem H. i nie ma to nic wspólnego z jego niechlujną powierzchownością.

Istnieją pod dzisiejszym niebem faceci nikłej postury, minimalnego ogarnięcia higieniczno przyodziewkowego, przy których pierwsze ciacha współczesnej Europy jawią się jako mentalna błahostka.

Znam takiego, ale ja Go nie ciekawię.

 

 

 

 

Wpis niewpis, list chyba, na który nie odpowie. Podobno w Polsce trwa i trwa festiwal listów, na które adresat nie odpowiedział, nie odpowiada. Należy użyć czasownika „odpowiadać” w czasie przeszłym dokonanym i teraźniejszym, kierując do losu nagabywanie o wiadomość, o zdarzeniu w czasie przeszłym, dokonanym. Odpowiedział – dowód na to, że jest.

Jest. W zdrowiu, w otoczeniu przyjaciół, w obfitości pożywienia, w dostatku czystego  przyodziewku. Zwinięta w czarny kłębek, milcząca Betrice  zajęła miejsce na kanapie, popatruje na Irka, a Irek trwa nad klawiaturą wśród zajęcia.

Dlaczego ludzie nie odpowiadają na listy?

Przyczyna główna, bo mają nadawcę listu w dupie.

 Czy tak jest?

Zrobiłam sondę, pytałam o zjawisko i nie dostałam rzetelnych odpowiedzi. Klucząca gawiedź.

Polak nie odpowiada na listy, bo myśli, że nie potrafi. Posługuje się językiem potocznym w mowie, w piśmie  -  nie podejmuje wysiłku.

Próbuję zorganizować zajęcia z polszczyzny. Zatrudnimy polonistę  -  emeryta z dydaktycznym, wieloletnim doświadczeniem. Na pierwsze spotkanie  przyjdzie sporo osób. Na kolejne mniej i mniej. Dlaczego?

Bo trzeba włożyć wysiłek, napisać opowiadanie, wykonać ćwiczenie z interpunkcji, znaleźć jakiś  wiersz i  wygłosić.

„Co ja tam będę…” odwieczna fraza w ustach Polaka. Piwo  i telewizor w atmosferze własnego, brudnawego podkoszulka.

 Teraz będzie inaczej. Teraz znajdziemy motywację. W Ch. ukaże się czasopismo  inne niż … Potrzebne są osoby, które chciałyby zobaczyć swoje nazwisko w druku, pod
tekstem…

 


 

  W tygodniku „Polityka”( numer44 z 04.11.2014 ), profesor Jan Hartman w felietonie zatytułowanym „ Zróbmy sobie polski”, zachęca rodaków do naprawy naszego języka. Z polszczyzną rzecz ma się zgoła źle. To, co się słyszy w przestrzeni publicznej jest często gwałtem na języku i to w obu sferach – co mówimy i jak mówimy. Profesor Jan Hartman zachęca do pracy nad korygowaniem znaczeń słów istniejących oraz do wymyślania nowych zwrotów. Z artykułu w prasie codziennej: „ M.T, który dokonał zabójstwa czterech chłopców wychodzi na wolność”. Inne zdanie: „ Polski himalaista A.H. dokonał zimowego wejścia na ośmiotysięcznik Nanga Parbat 8126 m n.p.m”. Ten sam czasownik w obu zdaniach. Źle. O złoczyńcy mówimy: „dopuścił się”. O wynalazcy, zdobywcy – „dokonał”. Jasne.  Z felietonu Jana Hartmana:”Jak się zwracać do lekarza, który nie jest doktorem / nie posiada takiego stopnia naukowego/? Jak się zwracać do pielęgniarki? „.Historycznie biorąc, był w użyciu zwrot: „siostro”. A teraz jak? Po imieniu? Jakim prawem? Panie profesorze. Tak się zawsze zwrócę do Jana Hartmana. Ma taki tytuł naukowy. A w liceum? Każdy nauczyciel to profesor? Nie. Tylko ten, który ma tytuł profesora szkoły średniej. Jest taki. A do policjanta? Panie policjancie? Panie murarzu, szewcu? Dopóki nie wiadomo jak, warto posłużyć się uniwersalnym zwrotem: proszę pana/ pani. Z relacji międzyludzkich. Para osób: oboje w wieku średnim, spotyka znajomego. Pan próbuje przedstawić swoją towarzyszkę znajomemu. Jak to czyni? Najpierw przedstawia kolegę kobiecie, potem kobietę koledze. W obu przypadkach posługuje się nazwiskiem i imieniem. Tak jest bezpiecznie, unika się niezręcznych sytuacji.Nie mówi: moja dziewczyna(?), przyjaciółka, towarzyszka, życiowa partnerka(?)To nie są zwroty przydatne w prezentacji. Mam imię i nazwisko. A czy ja jestem czyjąś życiową partnerką, przyjaciółką czy kimś innym, to jest określenie bliższe i dotyka dziedziny prywatnej, którą warto chronić. Co dalej? Jak nazwać to, co się dzieje między ludźmi. Opis dotyczy wyłącznie osób dorosłych i w pełni wolnych. No co się dzieje? Jak najpiękniej opisać, nazwać ich aktywność płciową? „Uprawianie seksu” wydaje się określeniem w miarę estetycznym. A co z aktywnością erotyczną, w której nie występuje druga osoba? „Uprawianie marchewki” jest celne o tyle, że bywa pożyteczne dla tej praktyki, a całość dotyczy przyrody. Co za kretyn wprowadził tu określenie „ onanizm”? Onan, to postać biblijna, ze Starego Testamentu, z Księgi Rodzaju. Onan w małżeństwie z Tamar, wypełniając prawo lewiratu żadnych praktykach wsobnych nie czynił. Historia piękna, krwawa, pouczająca… Co to jest cnota? To zaleta moralna. Cecha nieprzeciętnego umysłu i serca. Spotykamy to słowo w odniesieniu do wielkich osób. Skąd nazwanie cnotą mizernego fragmentu tkanki łącznej? Niedorzeczne. Przymiotniki i trudny bezokolicznik: „Wziąć”. Pewna beskidzka matka żaliła mi się na syna jedynaka: -Mój Józuś taki wpływowy…Cały dzień kolegi i kolegi..Zafrasowana matka miała na myśli : Józuś nadmiernie ulega wpływom kolegów. Tak, tak. Okazało się, że zmarły ojciec Józusia był taki sam. -Jaki ja jestem obrzydliwy! Mam na myśli to, że brzydzę się np. małży, szpinaku,dżdżownicy… Dlaczego mówimy : „wziąść”. Okropne, błąd kardynalny. W środowiskach purystów językowych, to jeden z wyznaczników przyjęcia/nieprzyjęcia do klanu.. O zwrotach codziennych. W artykułach prasowych, w mowie potocznej, wszędzie spotykam : „tak naprawdę”. Wtedy wiem, ze zaraz zetknę się z czystym łgarstwem. W co drugim zdaniu: „generalnie”. Nic nie znaczy, lepiszcze jakieś, wypełniacz. Też zasłona dymna oszustwa. Maniera słowna w ustach celebrytów – każde zdanie kończy twierdzeniem”tak?” z pytajnikiem.Niepewna tego, co mówi – biedula/ek. O akcentowaniu. Przed laty rozstałam się z Programem Trzecim Polskiego Radia. Ciekawe audycje, ale słowa z anteny bardzo źle akcentowane. Jeżeli redaktorka, która prowadzi audycje muzyczne mówi „ festiwal” i uporczywie akcentuje przedostatnią sylabę, to uważam, że jest osobą niechlujną i nie wpuszczam jej do mojej domowej jaźni. Najpiękniej mówi Jan Chojnacki, nieźle Tomasz Mann i Wojtek Waglewski. I Czesław Mozil..W audycji o nowych książkach pani redaktor mówi: polecam książkę. Wyję -auuuu! Niechluja jedna….Wynocha. O wulgaryzmach. Pani dyrektor zespołu szkół, osoba krótko przed emeryturą, przez trzydzieści lat pracy na stanowisku kierowniczym uznawała pogląd, że za wszelkie zło występujące na szkolnej niwie odpowiada nauczyciel. Za mało aktywny, „ co pani zrobiła w tej sprawie, pisemne dowody proszę”. Niedawno zmieniła pogląd. Teraz za zło w szkole odpowiada dom i rodzice. Nauczyciele odetchnęli. Było tak: podczas dużej przerwy do pani dyrektor podszedł uczeń klasy czwartej. Przeciętny, dość grzeczny. Pozdrowił i odezwał się tak:  -   pani dyrektor, bardzo panią przepraszam za to, ze przez dłuższy czas uważałem panią za kurwę. Dyrektorka stanęła nieruchomo. Uczeń rozwinął swój wywód: teraz tak nie myślę, mnie zmylił pani wygląd. Kilkuletnia dziewczynka na spacerze w parku. Pcha wózek z lalką. W pewnej chwili przystaje, podnosi kołderkę  i z zniecierpliwieniem cedzi: – znowuś się kurwo rozkopała. Słowa wulgarne wypowiadane bez emocji, jako akcent, przerywnik, wypełniacz, spójnik, dla przydania kolorytu, wszechobecne w niektórych domach. Smutne. Szkoda. Dzieci nasiąkają złym obyczajem. Jeżeli dziecko dorastając, zechce aspirować do szlachetniejszej przestrzeni, będzie miało niebotycznie trudno.